![]() |
![]() | |
- Aiji - ma. - Bren ukłonił się ceremonialnie z rękoma na kolanach. Tabini miał na sobie koszulę i spodnie; nie włożył jeszcze swego najlepszego formalnego stroju i siedział w słońcu przed otwartymi drzwiami balkonowymi. Umieszczone wysoko w potężnej bryle Bu - javid nie wychodziły na ogród, lecz na niebo, zstępujące w dół tarasy starożytnych murów, i miasto stanowiące obrzeże fortecy - geometria dachów pokrytych dachówkami, które poranna mgiełka zmiękczyła do delikatnej czerwieni, dachów pomyślnie ustawionych względem siebie i względem położenia miasta nad rzeką. Za nimi łańcuch Bergid, wnoszący się ponad zamglonymi przez odległość równinami: wspaniały widok, chłodny, zapierający dech w piersiach poranek. Stół stał w blasku słońca, do połowy wysunięty na balkon, na tle tego widoku. Tabini jadł śniadanie. Tabini skinął na służących, którzy natychmiast przynieśli dwie filiżanki i odsunęli od stołu pozostałe dwa krzesła. A więc spotkanie jest całkowicie nieformalne. Bren i Banichi usiedli na wskazanych miejscach. Łańcuch Bergid stanowił zamglone błękitne pasmo na niebie, a pod balustradą balkonu delikatną czerwienią dachówek rozłożyło się miasto. - Ufam, że incydent się nie powtórzył - odezwał się Tabini. - Nie, aiji - ma - odparł Banichi, słodząc sobie herbatę. - Jestem tym wydarzeniem bardzo zaniepokojony - rzekł Tabini. Upił herbaty. - A także zaniepokojony, że stałeś się przedmiotem publicznych domysłów, Bren - paidhi. Musiałem zająć wyraźne stanowisko. Nie mogłem tego tak zostawić. Czy podczas posiedzeń ktoś się do ciebie zwracał? - Nie - odpowiedział Bren. - Ale obawiam się, że wczoraj nie byłem zbyt spostrzegawczy. Nie jestem przyzwyczajony do czegoś takiego. - Boisz się? - Niepokoję. - Sam nie był pewien, co czuje. - Niepokoję, się, że stałem się przyczyną takiego zamętu, skoro jestem tu dla twojej wygody. - To bardzo dyplomatyczna odpowiedź. - I jestem bardzo zły, aiji - ma. - Zły? - Że nie mogę chodzić tam, gdzie chcę i robić tego, co chcę. - A czy paidhi kiedykolwiek może to robić? Nigdy nie chodzisz do miasta bez eskorty. Nie podróżujesz, nie urządzasz mi przyjęć, co z pewnością załatwia sprawę nawyków o najwyższym stopniu ryzyka, jak nazwałby je Banichi. - To jest mój dom, aiji - ma. Nie jestem przyzwyczajony do przemykania się przez własne drzwi ani zastanawiania się, czy jakiś biedny służący nie otworzy ich sobie moim starym kluczem... Mam nadzieję, że ktoś ich ostrzegł. - Owszem - odparł Banichi. - Martwię się - powiedział Bren nad filiżanką. - Wybacz mi, aiji - ma. - Nie, nie, nie, sam cię zapytałem. Są to uzasadnione troski i uzasadnione skargi. I nie ma potrzeby, żebyś z ich powodu cierpiał. Sądzę, że dobrze by ci zrobił krótki wyjazd do Malguri. - Do Malguri? - Była to posiadłość nad Jeziorem Maidingi - schronienie, Tabiniego na wczesną jesień, kiedy kończyła się sesja ciał ustawodawczych i kiedy on sam regularnie wyjeżdżał na wakacje. Bren nigdy nie zapuszczał się tak daleko na kontynent. Właściwie, kiedy się nad tym zastanowił, tak daleko nie był żaden człowiek. - A ty jedziesz, aiji - ma? - Nie. - Filiżanka Tabiniego była pusta. Służący nalał mu herbaty. Tabini odmierzonym ruchem wrzucił do niej dwie kostki cukru i zamieszał. - Przebywa tam moja babka. Nie zetknąłeś się z nią osobiście, prawda? Nie przypominam sobie, żebyś doświadczył tej przygody. - Nie. - Perspektywa spotkania z aiji - wdową napełniała go większym niepokojem niż zabójcy. Ilisidi przegrała wybory. Dzięki Bogu. - Czy, wybacz mi, nie wysyłasz mnie na teren nieco bardziej ryzykowny? Tabini roześmiał się, marszcząc nos. - Owszem, ona lubi się sprzeczać. Teraz jednak zupełnie wycofała się z życia. Mówi, że umiera. - Mówi to od pięciu lat - mruknął Banichi. - Aiji - ma. - Świetnie dasz sobie radę - rzekł Tabini. - Jesteś dyplomatą. Poradzisz sobie. - Równie dobrze mógłbym polecieć na Mospheirę i usunąć się w cień, jeżeli mato w czymś pomóc. Właściwie bardzo by to pomogło mnie. Czeka na mnie mnóstwo spraw osobistych. Moja matka ma chatę na północnym wybrzeżu... Żółte oczy Tabiniego były kompletnie pozbawione wyrazu, całkowicie nieugięte. - Ale ja nie mogę zagwarantować jej bezpieczeństwa. Całkowicie zaniedbałbym swoje obowiązki, gdybym sprowadził niebezpieczeństwo na twoich krewnych. - Żaden ateva nie dostanie się na Mospheirę bez wizy. - Na Mospheirę może dostać się staruszek na łodzi wiosłowej - mruknął Banichi. - I zapytaj mnie, czy potrafiłbym odnaleźć chatę twojej matki. Staruszek na łodzi wiosłowej nie dostałby się na Mospheirę nie zauważony. Był gotów założyć się o to z Banichim. Nie miał jednak ochoty bez przyczyny ujawniać tego faktu ani Tabiniemu, ani Banichiemu. - O wiele lepiej ci będzie w Malguri - powiedział Banichi. - Jakiś głupek próbował wejść do mojej sypialni! Z tego, co wiem, równie dobrze mógł to być mój sąsiad, który wracał po pijanemu do domu przez ogród: prawdopodobnie jest przerażony, że mógłby zostać oskarżony o usiłowanie zabójstwa, a teraz mam przy moich drzwiach przewody! Nie krzyczy się w obecności Tabiniego. I Tabini poparł Banichiego w kwestii przewodów. Bren przypomniał sobie swoje miejsce i ukrył zażenowanie, unosząc do ust filiżankę. Tabini upił kolejny łyk herbaty; razem z Banichim odstawili filiżanki. - Nie szkodzi - rzekł. - Śledztwo toczy się dalej i nie wymaga twojej pomocy. Przyjmij moją ocenę sytuacji. Czy kiedykolwiek zrobiłem coś na twoją szkodę? - Nie, aiji - ma. Tabini podniósł się i wyciągnął rękę, co nie było atevskim zwyczajem. Tabini zrobił to po raz pierwszy, kiedy się poznali, a potem jeszcze kilka razy. Bren wstał, ujął podaną rękę i uścisnął ją z powagą. - Uważam cię za jednego z cenniejszych pracowników mojej administracji - rzekł Tabini. - Uwierz mi, proszę, że to, co robię, bierze się z tej oceny, nawet to wygnanie. - Co ja takiego uczyniłem? - zapytał, wciąż mając dłoń uwięzioną w większej dłoni Tabiniego. - Czy zrobiłem coś, co powinienem zrobić inaczej? Jak mogę się poprawić, jeśli nikt mi nic nie mówi? - Kontynuujemy śledztwo - powiedział cicho Tabini. - W tej chwili mój prywatny samolot tankuje paliwo. Proszę cię, nie denerwuj mojej babki. - Jak mogę tego uniknąć? Nie wiem, czym to na siebie sprowadziłem, Tabini - aiji. Jak mogę zachowywać się mądrzej niż dotąd? Nacisk palców Tabiniego, a potem uwolnienie dłoni. - Czy ktoś powiedział, że to twoja wina, Bren - paidhi? Pozdrów ode mnie babkę. - Aiji - ma. - Jedynym wyjściem, jakie zostawił mu Tabini, było poddanie się. Pozwolił sobie tylko na cień buntu. - Czy mogę prosić o przesyłanie mi tam mojej korespondencji? - Nie powinno z tym być żadnych trudności - rzekł Banichi - jeśli będzie się ją wysyłało przez biuro ochrony. - Nie chcemy rozgłaszać miejsca twego pobytu - powiedział Tabini. - Ale ochrona oczywiście musi je znać. Uważaj na siebie. Stosuj wszelkie środki ostrożności. Pojedziesz prosto na lotnisko. Czy wszystko załatwione, Banichi? - Bez żadnych problemów - potwierdził Banichi. Co to było
to "wszystko", Bren nie miał pojęcia. Nie pozostawało mu jednak nic innego, jak
oficjalnie się pożegnać. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
"Prosto na lotnisko" najwyraźniej znaczyło właśnie to, prosto w dół schodami w Bu - javid, na najniższy, wewnętrzny poziom, gdzie znajdowała się stacja kolejowa mająca połączenia z sieciami kolejowymi na całym kontynencie. Było to pilnie strzeżone miejsce. Stacja leżała głęboko w samym sercu Bu - javid i mogli z niej korzystać jedynie mai'aijiin: sam aiji oraz jego personel. Zwykły ruch obsługiwała inna stacja, usytuowana nieco niżej na wzgórzu. Wszędzie stali strażnicy, co nie było niczym niezwykłym, ilekroć tu schodził. Przypuszczał, że stale obserwowali tory i stojące tu wagony - dyspozytorzy nie mieli pojęcia, kiedy komuś może przyjść do głowy, by gdzieś pojechać albo kiedy komuś innemu może przyjść do głowy, by ich skompromitować. Czekał na niego wagon wyglądający na towarowy. Tramwaj wjeżdżający do środka zgarniał go po drodze na dół i wagon ten poruszał się po torach wśród innych zwykłych wagonów, wyglądając dokładnie jak wagon towarowy, aż po swoje namalowane i, jak można było się domyślać, stale zmieniane numery. Był to wagon Tabiniego - luksusowe wnętrze, sala posiedzeń na kołach. Tam właśnie prowadził Brena Banichi. - Ktoś jednak go odprawił - powiedział do Banichiego. Korzystał już z tego szczególnego wagonu, ale tylko raz do roku, kiedy jechał na lotnisko, i nigdy w czasie toczącej się waśni. Wszystko to trąciło nieco surrealizmem. - Cel podróży: lotnisko - potwierdził Banichi, sprawdzając papiery. - Bez najmniejszych wątpliwości. Nie denerwuj się, nadi Bren. Zapewniam cię, że nie zamienimy cię miejscami z bagażem. Banichi z niego żartował. Bren był naprawdę przerażony. Denerwował się, idząc po schodach, denerwował się na peronie, ale poszedł na koniec pozbawionego okien wagonu i usiadł na miękko wyściełanym krześle, nie dostrzegając niczego oprócz otaczającego go luksusu oraz pojedynczego monitora, pokazującego obraz stacji i śpieszących się robotników. Ogarnęło go uczucie, że jest żywcem połykany, unoszony do miejsca, gdzie nie odnajdzie go żaden człowiek. Nikomu nie powiedział, dokąd wyjeżdża, nie zadzwonił do Hanks ani nie napisał do domu - i wcale nie był przekonany, czy Banichi wysłałby list, gdyby napisał go w tej chwili i poprosił Banichiego o tę przysługę. - Jedziesz ze mną? - zapytał Banichiego. - Oczywiście. - Banichi stał wpatrzony w monitor. - A, jest. Z windy wyjechał wózek wysoko wyładowany białymi plastikowymi pudłami. Pchała go w kierunku wagonu Jago. Utknął na nierównym progu, Jago szarpała się z nim i klęła, aż Banichi ruszył się, żeby jej pomóc. Bren też wstał, żeby zaproponować wsparcie, ale w tej chwili wózek wjechał do wagonu, popchnięty z drugiej strony przez Tano, który też wchodził do środka. Bren pomyślał z niepokojem, że bagaż na wózku musi zawierać wszystko, co miał w apartamencie, chyba że trzy czwarte ładunku stanowiły rzeczy Banichiego i Jago. Nie rozładowali wózka, tylko przymocowali go pasami do przedniej ściany. Protesty byłyby na nic. Pytania w tej chwili mogły jedynie zdenerwować tych, którzy usiłowali ich wysłać ze wszystkimi potrzebnymi im rzeczami. Bren usiadł i nie ruszał się, podczas gdy Banichi i Jago podchodzili do drzwi, coś podpisywali i rozmawiali z innymi strażnikami. Po chwili oboje wrócili do środka, oznajmili, że pociąg już jedzie i że zostaną do niego przyłączeni za parę minut. Tano zaproponował mu tymczasem napój orzeźwiający. Bren napił się apatycznie, a Algini przyniósł Banichiemu do podpisu jeszcze jeden papier. Co to takiego? pytał się w duchu Bren. Czego dotyczy? Może to moja delegacja do Malguri? Do więzienia, w którym umierała aiji - wdowa, ta osławiona, zgorzkniała kobieta, dwukrotnie pominięta w wyborach na stanowisko aijiego. Człowiek zastanawiał się, czy miała jakikolwiek wybór
miejsca pobytu i czy prawdziwe są krążące na jej temat plotki - że, obraziwszy
Tabiniego, miała niewielki wybór. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Odrzutowiec szybko wzniósł się nad rozległym miejskim krajobrazem Shejidan - człowiek mógł wyróżnić wśród pokrytych dachówkami dachów trzy czy cztery główne budynki w centrum, publiczny Urząd Zapisów, Związek Rolniczy, długi kompleks Huty Shejidan, iglicę Zachodniego Zrzeszenia Kopalń i Przemysłu; biura administracyjne Patanadskich Zakładów Lotniczych i Kosmicznych. Ostatni zakręt przed wejściem na kurs ukazał oczom Brena przesuwający się pod skrzydłem samolotu Bu - javid, ufortyfikowane wzgórze, plątaninę dziedzińców, tarasów i ogrodów - Bren wyobraził sobie, że widzi dziedziniec, przy którym mieszkał. Ogarnięty nagłą paniką zaczął się zastanawiać, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy swój apartament. Wznieśli się na wysokość podróżną, przekraczającą możliwości przypadkowych prywatnych linii lotniczych. Pojawił się napój. Zapobiegliwość Tano. Właściwa troska Tano. Bren dąsał się, nie chcąc polubić Tano, który zastąpił bardzo lubianych służących, obsługujących go od jego przybycia do Shejidan, a teraz prawdopodobnie przeniesionych na inne stanowiska przez anonimową biurokrację, bez słowa wyjaśnienia. To nie było względem nich uczciwe. Lubił ich, nawet jeśli - co zapewne miało miejsce - nie potrafiliby tego zrozumieć. Był do nich przyzwyczajony, a teraz został ich pozbawiony. Dąsanie się jednak na Tano i Alginiego nie było też uczciwe względem nowych służących: wiedział o tym i, stosując zasady atevskiej grzeczności, starał się nie okazywać im niechęci ani, w ogóle, żadnych uczuć względem tych dwóch obcych osób. Rozsiadł się więc wygodnie z najspokojniejszą miną, jaką udawało mu się utrzymać, i obserwował przesuwającą się pod skrzydłem ziemię i chmury, żałując że nie leci na bezpieczną Mospheirę. Żałował też, że Banichi i Jago nie są tak kulturowo czy też biologicznie uwarunkowani, by zrozumieć słowo "przyjaciel" lub "sprzymierzeniec" w sposób, w jaki on je pojmował. No właśnie. Było to jednak równie prawdopodobne, jak to, że uda mu się przejść cieśninę Mospheiry suchą nogą. Zbierało mu się na mdłości. Był już teraz prawie całkowicie przekonany, że popełnił poważny błąd, nie dzwoniąc do Deany Hanks natychmiast po incydencie, kiedy domniemany zabójca był jeszcze obiektem gorączkowych poszukiwań i zanim Banichi i Jago mogli otrzymać rozkazy odcinające go od telefonu. Wtedy jednak o tym nie pomyślał - nie pamiętał o czym w ogóle myślał i uznał, że musiał przejść umysłowy wstrząs: najpierw usiłował całą sprawę zbagatelizować i odgrywał przed Banichim bohatera, potem postanowił sam wszystko "załatwić" wbrew obawom, że Hanks może przejąć kontrolę nad sytuacją - co oznaczało, że traci kontakt z rzeczywistością, że o tym wie i że wciąż nie przyjmuje do wiadomości faktu utraty panowania nad sytuacją. W tej chwili, o ile potrafił to właściwie ocenić, nie miał już żadnych możliwości działania, chyba że chciałby rozważyć otwarty sprzeciw wobec zaproszenia Tabiniego do posiadłości leżącej o wiele godzin podróży od miasta, że chciałby się wyrwać z rąk obstawy na tamtym odległym lotnisku, z krzykiem, że go porwali i mordują, i błagać przypadkowe osoby o ratunek przed aijim. Głupi pomysł. Równie głupi, jak pomysł odrzucenia zaproszenia Tabiniego w obecnych warunkach. Skoro zaś już zaczął myśleć o telefonach i posiadłości nad jeziorem, i uzyskaniu stamtąd połączenia z Mospheirą - prośba o połączenie z mospheirską siecią telefoniczną musiałaby przejść przez Bu - javid, I na jedno więc wychodziło. W końcu jego biuro na Mospheirze zaczęłoby się zastanawiać, dlaczego nie dzwoni... po jakichś dwóch tygodniach milczenia. Taka zwłoka między jego telefonami i konsultacjami nie była niczym dziwnym. Po tych dwóch tygodniach milczenia jego biuro mogłoby się zaniepokoić na tyle, żeby pomyśleć o skontaktowaniu się z Departamentem Spraw Zagranicznych, który poleciłby czekać, aż sprawa zostanie przepuszczona przez odpowiednie kanały. Po następnym tygodniu Departament Spraw Zagranicznych na Mospheirze mógłby już wyczerpać dostępne sobie kanały i zdecydować się na wysłanie notatki do prezydenta, który być może - być może - po konsultacji z odpowiednimi departamentami rady sam przeprowadziłby dochodzenie i w końcu przesłałby zapytanie do Tabiniego. Można liczyć, że nim Mospheira nabierze pewności, że Shejidan gdzieś zawieruszył paidhiego, minie prawie miesiąc. Niepokojące jest to odkrycie, że poszczególni atevi, których, jak sądził, rozumiał osobiście, oraz atevskie społeczeństwo, które, jak sądził, rozumiał intelektualnie, nagle nie zachowują się w przewidywalny sposób. Za obrazę swojej dumy uznał to, że nie znalazł niczego mądrzejszego czy bardziej pomysłowego do roboty niż udawanie, że jest kompletnie naiwny i że wcale nie jest porywany na drugi koniec kraju - gdzie, jeśli spojrzeć prawdzie w oczy, mógł zniknąć na dobre. Nikt z Mospheiry, nawet Hanks, nie złamałby Traktatu, żeby wybrać się na poszukiwanie paidhiego, który mógł popełnić jakiś niewybaczalny błąd. Nie, do diabła, oni nie zażądaliby wydania go. Po prostu wysłaliby nowego paidhiego, udzielając mu takich instrukcji, jakie byliby w stanie przygotować, i zalecając, by trochę się hamował i nie był taki głupi. Wierzył tak ślepo... Oczywiście wiedział, że Tabini zawsze będzie się opowiadał za atevimi i dbał wyłącznie o swoje własne interesy, ale Bren był przekonany, że wie, co to za interesy. Tabini nie odrzucał jego sugestii: w sprawach kolei, programu kosmicznego, badań medycznych czy komputeryzacji systemu zaopatrzenia. Tabini nie był przeciwny niczemu, co proponował Brem bo inaczej, na litość boską, mógł coś powiedzieć i mogliby to razem omówić - ale nie, Tabini słuchał z inteligentnym zainteresowaniem, zadając bystre pytania. Wszyscy poprzednicy Tabiniego słuchali głosu rozsądku i z całego serca angażowali się w połączenie ekologii z postępem technicznym, którą to koncepcję atevi szybko pojęli. Z drugiej strony, od czasu Wojny Lądowania, ludzie spełniali lub przynajmniej próbowali spełniać wszystkie prośby aijiin z rodu Tabiniego, aż po ostatni referat Brena na temat przetworzonego mięsa, w którym usiłował wyjaśnić Mospheirze, że komercjalizacja produkcji mięsa głęboko obraża uczucia Ragi, mimo że Nisebi nie widzą w tym nic złego i chętnie takie mięso sprzedają. Adaptacja kulturowa dotyczyła obu stron i Mospheira powinna opierać się na morzu i rybach, na które nie było okresu ochronnego, a tym samym pokazać swoim gospodarzom na tej planecie, że uczyniła wysiłek, by dostosować się do wrażliwości atevich, podobnie jak atevi zmienili swoje zachowanie, by dogodzić ludziom... Czasami jego zadanie wydawało mu się podobne do toczenia pod górę przysłowiowego głazu. Już samo utrzymanie równowagi wydawało się trudne. Atevi stali jednak u progu ery załogowych lotów kosmicznych. Mieli komunikację satelitarną. Posiadali niezawodny system lekkich wyrzutni. Niedługo będą mogli rozwinąć produkcję materiałów, dzięki którym, przy ludzkim doradztwie, zyskają szansę, by przeskoczyć etapy, jakie musieli pokonać ludzie, by wylądować na tej planecie, aż po wejście w atmosferę z użyciem silników i manewry złożone. Były to terminy, których on sam musiał się uczyć, pojęcia, które zgłębiał podczas swoich tak zwanych jesiennych wakacji, wbijając sobie do głowy szczegóły stanowiące osnowę kolejnego referatu na temat polityki, który mógł wygłosić - i który pragnął wygłosić - w ciągu najbliższych pięciu lat, oczywiście, jeżeli uda się start rakiety o średnim udźwigu. Ten etap nawet nie był konieczny, ale biuro na Mospheirze mówiło: grajmy na zwłokę, niech atevi opracują technologię średniego udźwigu. Materiały syntetycznie nie osiągnęły jeszcze odpowiedniej jakości, a chemiczny napęd rakietowy i wczesne doświadczenia z lotów załogowych dadzą atevim pewność siebie oraz stworzą polityczne i emocjonalne związki z programem kosmicznym - bo atevi bardzo lubią bohaterów. Była to decyzja kulturowa, naukowa. Rozczarowała go jak diabli, ponieważ chciał być paidhim, który wprowadzi ich w kosmos, a chciał tego dokonać, będąc na tyle młodym, żeby samemu polecieć. To była jego tajemnica, osobiste marzenie, że jeśli atevi mieli na tyle zawierzyć jakiemuś człowiekowi, żeby go wysłać w kosmos, to mogliby zawierzyć paidhiemu, a on chciałby być właśnie tą osobą i sterować, jeśli nie statkiem kosmicznym, to ich postawami... To był jego piękny sen. Koszmar był mniej konkretny; polegał jedynie na przeświadczeniu, które na długo przed wtargnięciem zabójcy do jego sypialni usiłował zasugerować Hanks i reszcie personelu biura, że nie można bez końca, po kawałku udostępniać atevim techniki, nie zwiększając w ten sposób roli przypadku. Chciał przez to powiedzieć, że umysły atevich nie działają na tych samych zasadach, co umysły ludzi, i że kulturowe uwanutkowania atevich każą im postrzegać pewne udogodnienia techniczne inaczej, niż robią to ludzie, oraz że dzięki swej pomysłowości atevi będą składać coraz więcej elementów, tworząc własne wynalazki, co do których nie będą się konsultować z Mospheirską Komisją Techniczną. Dzięki Bogu, jak dotąd tymi niezależnymi wynalazkami nie były międzykontynentalne pociski rakietowe czy bomby atomowe. Bren jednak wiedział, podobie jak wszyscy paidhiin przed nim, że jeśli pewnego dnia Traktat zostanie złamany, to on dowie się o tym jako pierwszy. Patrzył na przepływającą pod skrzydłami samolotu ziemię, pola uprawne, pastwiska i lasy. W końcu wszystko przykryła warstwa chmur, przez którą, niczym strome wyspy, przebijały się czarne, pokryte śniegiem szczyty łańcucha Bergid. To fascynujące: obserwować przesuwanie się krawędzi jego widzialnego świata; i w pewien niepokojący sposób ekscytujące: widzieć tereny, których ludzie nigdy nie oglądali. Wszystko było nowe, dotąd zakazane. Po pewnym czasie jednak chmury przykryły i szczyty. Mimo że niebo pozostało błękitne, ziemię pod nimi skrywała teraz pomarszczona powłoka bieli. Cóż za rozczarowanie. Jeśli coś takiego pojawiało się nad cieśniną, to na długo. Nawet planeta dochowywała tajemnic atevich. Nie oznaczało to jednak, że w trakcie porwania nie mógł wykonać jakiejś pożytecznej pracy. Już przedtem wyłowił z bagażu swój komputer. Ustawił go na stole i wyjął notatki dotyczące kwartalnej konferencji na temat rozwoju, które zawierały argumenty na rzecz utworzenia centrum informatycznego nad zatoką Costian, połączonego modemami ze studentami w Wingin. "Jeżeli obecnie istnieje" - pisał - "jakiś obszar trudności technicznych, to jak na ironię jest to matematyka, gdzie odmienne wykorzystanie tej nauki przez nasze oddzielne kultury i języki wytworzyły odmienne wyrażenia matematyczne na poziomie działań. Mimo że to różne postrzeganie matematyki stanowi bogate źródło rozważań dla matematyków i projektantów komputerów na przyszłość, to w obecnej chwili owe zasadnicze różnice pojęciowe są przeszkodą, szczególnie dla początkującego atevskiego studenta informatyki, usiłującego zrozumieć maszynę logiczną, która nie potwierdza pewnych jego oczekiwań, nie uwzględnia uproszczeń jego języka i która bazuje na architekturze logicznej przez wieki przystosowanej do ludzkiego umysłu. Rozwój architektury komputerowej zgodnej z postrzeganiem atevich jest zarówno nieunikniony, jak i pożądany z punktu widzenia rozwoju gospodarczego patronatów, szczególnie jeśli chodzi o rozwój materiałów, lecz paidhi z całym szacunkiem zwraca uwagę, że z powodu tych trudności opóźnia się rozwój wielu pożytecznych i ważnych dla życia technologii. Mimo że paidhi dostrzega ważne i rzeczywiste przyczyny utrzymywania w Traktacie Mospheirskim doktryny separacji, to wydaje się, że technika komputerowa sama w sobie może stać się łącznikiem między instruktorami na Mospheirze i studentami na kontynencie, tak by atevscy studenci mogli bezpośrednio korzystać z wiedzy ludzkich praktyków i teoretyków w celu upowszechnienia komputerów wraz z wszystkimi ich zaletami - zachęcając jednocześnie studentów do tworzenia programów redukujących rozbieżności, podczas czego mogą oni wykazać się właściwymi atevim umiejętnościami matematycznymi. Ponadto taki ośrodek studiów może służyć jako model do wyszukiwania innych dziedzin, w których bez szkody dla żadnej ze stron atevi mogą bezpośrednio wkraczać na terytorium nauk empirycznych i tworzyć robocze porozumienia odpowiednie dla obu kultur. Przywołuję tu na pamięć dokładne sformułowania Traktatu Mospheirskiego, który przewiduje eksperymentalne kontakty naukowe, prowadzące do stworzenia jednolitych definicji i jasnej terminologii, co ma na celu przyszłą między kulturową współpracę pod kierownictwem odpowiednich władz atevskich. Wydaje mi się to jednym z tych obszarów, na których współpraca mogłaby się okazać korzystna dla atevich, rozszerzając zrozumienie między kulturowe, wypełniając wszystkie zalecenia Traktatu, w którym... W fotelu stojącym naprzeciwko usiadł Banichi. - Jesteś taki zajęty - powiedział. - Pisałem tekst mojego wystąpienia na konferencję kwartalną. Ufam, że wrócę na czas. - Twoje bezpieczeństwo jest ważniejsze. Gdybyś jednak nie mógł być obecny, na pewno dopilnuję, żeby tekst dotarł do uczestników. - Z pewnością moja obecność nie podlega żadnej kwestii. Do konferencji są jeszcze cztery tygodnie. - Prawdę mówiąc, nie wiem. Nie wiem, pomyślał z niepokojem Bren. Nie wiem. Jago postawiła przed Banichim napój i sama usiadła w drugim fotelu stojącym naprzeciwko Brena. - To przyjemne miejsce - rzekła. - Nigdy tam nie byłeś. - Nie. Byłem w Taiben. W Malguri nie. - Grzecznością mógł się posługiwać automatycznie, usiłując jednocześnie znaleźć eufemizm na porwanie. Zapisał swoje dzieło na dysku i zamknął komputer. - Ale cztery tygodnie, nadi! Nie mogę wykonywać mojej pracy z drugiego końca kraju. - To wielka okazja - rzekł Banichi. - Żaden człowiek przed tobą, nand' paidhi, nie odbył takiej podróży. Rozchmurz się. - A co z aiji - wdową? Mieszkanie pod jednym dachem z członkiem rodziny aijiego, z kobietą, której nie znam - czy ktoś jej powiedział, że przyjeżdżam? Banichi obnażył zęby w grymasie rozbawienia. - Jesteś zaradny, paidhi - ji. Z pewnością dasz sobie z nią radę. Mogła być aijim, przynajmniej dla twojego poprzednika... - Gdyby nie hasdrawad - wtrąciła Jago. Hasdrawad wybrał jej syna, na którym, jak podobno głośno oznajmiła, powinna dokonać aborcji, kiedy jeszcze miała po temu okazję; po czym, jakby tego było mało, hasdrawad pominął ją drugi raz po zabójstwie jej syna, ignorując roszczenia wdowy do sukcesji i wybierając jej wnuka, Tabiniego. - Ona darzy Tabiniego względami - rzekł Banichi. - Wbrew raportom. Zawsze go faworyzowała. W wieku siedemdziesięciu dwóch lat upadła podczas polowania. Złamała ramię, rękę i cztery żebra, wstała i przejechała resztę trasy, dopóki nie schwytano zwierza. Następnie podobno zaatakowała palcatem gospodarza terenu za skaleczenie, które odniósł jej cenny, rodowodowy skoczek rasy matiawa. - Nie jest znana - powiedział poważnie Banichi - z cierpliwości. - Ależ skąd - zaprzeczyła Jago. - Szczególnie, kiedy wymaga jej coś, do czego dąży wdowa. - Czy to prawda, co się mówi o sukcesji? - Ze ojciec Tabiniego został zabity? - zapytał Banichi. - Tak. - Nie odnaleziono zleceniodawcy - dodała Jago. - A szukały go bardzo kompetentne osoby. - Nie było żadnych poszlak, z wyjątkiem zadowolenia wdowy - powiedział Banichi. - Co nie jest dopuszczalnym dowodem. Oczywiście, nie ona jedna miała motyw. Jej ochrona osobista to jednak nie przelewki. - Licencjonowani? - zapytał Bren. - O, tak - odparł Banichi. - Większość jej ochroniarzy jest wiekowa - rzekła Jago. Trochę zacofani. - Teraz - wyjaśnił Banichi. - Nie powiedziałbym jednak, że tak było wtedy. - I to takie schronienie znalazł mi Tabini - aiji? - Aiji - wdowa naprawdę darzy go względami - rzekła Jago. - No, w większości spraw - uzupełnił Banichi. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Samolot opadł ciężko na pas startowy, tonący w straszliwej ulewie - inne samoloty zostały skierowane na lotnisko na nizinie. Tak powiedział Banichi. Załoga aijiego leciała jednak dalej. Silniki przeszły na ciąg hamujący, hamulce zapiszczały na wilgotnych płytach, samolot wykonał kontrolowany skręt w prawo i szybko podjechał pod niewielki terminal. Bren popatrzył ponuro na potoki deszczu, na strażników i ciężarówki śpieszące do samolotu aijiego - na Mospheirze nie witano go z taką pompą. No, ale ludzie witający go na Mospheirze nie byli uzbrojeni. Rozpiął pas, wstał z komputerem w ręku i poszedł za Banichim do otworzonych przez pilota drzwi. Jago trzymała się w pobliżu. Deszcz uderzył ich w twarze, tworząc widoczną mgiełkę. Uderzał w płyty pasa startowego, spowijając wszystko w szarości, tak że jezioro widoczne z lotniska zlewało się z niebem, a otaczające je wzgórza stanowiły na tym tle zaporę cienia. Malguri, pomyślał, musi leżeć gdzieś na tym wysokim brzegu, z widokiem na jezioro. - Wysyłają samochód - krzyknęła do nich Jago. W ręku trzymała kieszonkowy komunikator. Ktoś zaczął ciągnąć w kierunku samolotu ruchome schodki, żeby mogli zejść na ziemię. Nie miały osłony prced deszczem, w jakie były wyposażone schodki na lotnisku w Shejidan. Przypuszczalnie mieli po tych schodkach zbiec. Zastanawiał się, czy gdyby tym samolotem przyleciał Tabini, to taka osłona by się znalazła. Albo czy samochód zaparkowałby bliżej. Zagrzmiało; na mokrym betonie zalśniły odbicia błyskawic. - Pomyślności - mruknął Bren, wcale się nie paląc do zejścia po metalowych schodkach przy tak częstych wyładowaniach. Schodki jednak uderzyły w bok samolotu, powodując lekki wstrząs. Do środka wpadł deszcz, zimny jak sama jesień. Ubrana w płaszcze przeciwdeszczowe obsługa zaczęła krzyczeć i machać na nich, żeby wyszli z samolotu. Banichi posłuchał. Cholera, pomyślał Bren i pośpieszył skulony za nim, kurczowo trzymając się zimnej, śliskiej metalowej poręczy. Wzdrygnął się, kiedy błyskawica oświetliła schodki i beton, a nad głową odezwał się grzmot. Zapaliłyby się jak świeca, ot co. Dotarł do płyty lotniska i z ulgą rozstał się z metalowymi schodkami. Zobaczył Banichiego w otwartych drzwiach furgonetki i, usiłując nie pośliznąć się, ruszył do niej biegiem, słysząc, jak z tyłu schodki trzeszczą pod stopami Jago. Dotarł do schronienia. Też za nim przybiegła Jago i rzuciła się na fotel. Jej czarna skóra lśniła od deszczu. Kierowca wysiadł, żeby zamknąć drzwi, i stanął jak wryty z wytrzeszczonymi oczyma. Zimna mgła wtargnęła do środka. Najwyraźniej nikt mu nie powiedział, że będzie wiózł człowieka. - Zamknij drzwi! - rzucił Banichi. Przemoczony kierowca zatrzasnął je i pośpiesznie usiadł na swoim fotelu z przodu. - Algini i Tano - zaprotestował Bren, pochylając się, by spojrzeć na samolot przez zalaną deszczem szybę. Trzasnęły drzwi kierowcy. - Przywiozą bagaże - rzekła Jago. - Innym samochodem. Na wypadek bomb, domyślił się ponuro Bren. Kierowca zwolnił hamulec, włączył bieg i rozpoczął zwyczajową przemowę powitalną, dziarsko życząc im miłego pobytu w Maidingi, Klejnocie Gór, i z wprawą klepiąc informacje o pomyślnym rozmieszczeniu gór, kosmicznie harmonijnym i szczęśliwym, oraz o "wdzięcznym wpływie" górskich źródeł leżących nad Jeziorem, Zwierciadłem Niebios. W tej chwili w Zwierciadle Niebios nic się nie odbijało. Deszcz rozbijał obrazy zalewanych wodą budynków i szarej pustki przesuwającej się za szybami pędzącego auta - Bren spodziewał się, że staną przy terminalu i złapią pociąg do Malguri, ale furgonetka przemknęła obok wszystkich wejść do terminalu i ruszyła w kierunku ogrodzenia z siatki, i jeziora. - Dokąd jedziemy? - zapytał Bren, rzucając na Banichiego spojrzenia pełne niepokoju. Pomyślał, że Banichi z pewnością zaprotestuje przeciwko temu dziwnemu objazdowi; być może wszyscy są w niebezpieczeństwie i powinien trzymać język za zębami. - To zgodne z planem, nadi - rzekła Jago, kładąc mu rękę na kolanie. - Wszystko jest ustalone. - Co jest ustalone? Był rozdrażniony. Nerwowo dzielił uwagę między zbliżające się ogrodzenie i spokojną twarz Jago, a potem poświęcił ją już tylko ogrodzeniu. Zderzenie wydawało się nieuniknione. Kierowca skręcił jednak do bramy, która automatycznie się przed nimi otworzyła. Jago nie odpowiedziała na pytanie. - Dokąd jedziemy - Zachowaj spokój - rzekł cicho Banichi. - Przyjmij, proszę, moje zapewnienie, nard' paidhi, że wszystko jest w najlepszym porządku. - Nie jedziemy koleją? - Kolej nie dociera do Malguri - odparł Banichi. - Jedzie się samochodem. Nie powinno się jechać samochodem. Nie powinno być żadnych połączeń samochodowych między lotniskiem i jakąkolwiek miejscowością, bez względu na to, jak się było bogatym: zasadą podobno było najbliższe połączenie kolejowe... Czy między Malguri a lotniskiem w ogóle nie ma torów? Napis na furgonetce, zrobiony dużymi literami tuż nad głową kierowcy, głosił: "Linie Lotnicze Maidingi". Czy pojazd linii lotniczych zwykle obsługiwał prywatnych pasażerów? Nie mieli licencji na transport naziemny. Może ochrona ma specjalne upoważnienie. Ale czy sprawa jest tak poważna? - Czy obawiamy się wynająć autobus? - zapytał i pokazał palcem wyraźnie napisaną nazwę linii lotniczych. - Do Malguri nie jeździ autobus. - Takie jest prawo. Powinien być wynajęty autobus... Furgonetka gwałtownie skręciła, rzucając Brena na Jago. Jago poklepała go po nodze, on zaś założył ręce i oparł się wygodnie w fotelu, by zebrać resztki godności i pewności siebie. Ciągle grzmiało. Istniały miejsca, gdzie lokalna technika nie nadążała za przepisami. Istniały miejsca stanowiące gospodarcze wyjątki. Ale własna posiadłość aijiego nie była, do cholery, jednym z nich. Tabini nie mógł wynająć autobusu? Albo autobus do miasteczka Maidingi nie obsługiwał Malguri, które leżało tuż obok? Aiji miał dawać przykład w stosowaniu przepisów ochrony środowiska. Kabiu. Dobry precedens. Właściwe zachowanie. Pozory. Gdzie, do diabła, znajduje się ta posiadłość, skoro nie może ich tam dowieźć miejski autobus? Żwir prysnął spod opon i furgonetka wjechała, podskakując, na drogę. Po jednej stronie widniała szara pustka, po drugiej piętrzyła się góra. Droga przestała być utwardzona w jakikolwiek sposób i przypomniał mu się poprzednik, który wykorzystał prawo weta przeciwko projektowi ustawy o drogach dojazdowych, wysuniętemu przez wysoko położone wioski, oraz jego własne zapewnienia, skierowane do lekko wstawionego aijiego, że coś takiego "podkopałoby priorytet kolei" i że projekt górskich wiosek jest zasłoną dymną (kiedy aiji zrozumiał to wyrażenie, z zachwytem zaczął je stosować) skrywającą prowincjonalne ambicje i zachęcającą prowincjonalnych aijiin do buntu. Identyczną argumentacją posługiwali się jego poprzednicy. lego samego paranoiczna logika, którą ta argumentacja wyzwalała u Tabiniego, przyprawiała o mdłości z etycznego punktu widzenia, ale Tabini wydawał się przyjmować ją jako całkowicie rozsądną atevską logikę i paidhi z czysto ludzkich powodów nie odbiegał od argumentów swoich poprzedników: paidhi trzymał się tego, co było skuteczne w przypadku minionych administracji i za czym stała atevska logika, chyba że bardzo starannie opracował poprawkę i przepuścił ją przez radę. A ta droga była najwyraźniej efektem ubocznym tej logiki, opartej na wecie jego poprzednika co do systemu dróg, logiki podtrzymywanej przez niego. Żadnego autobusu. Żadnego utwardzenia. W czasie wakacji jeździł na nartach. Był zapalonym narciarzem. Przemierzał interesujące drogi na górze Allan Thomas na Mospheirze. Utwardzone drogi. Serdeczne dzięki. Zjeżdżanie na nartach z góry to jedno. Ten... ...pojazd nie był przeznaczony do jazdy po górskich drogach. Na zakrętach wpadał w poślizg. Kurczowo trzymał komputer, żeby nie poleciał na tył
furgonetki. Pomyślał, że może zmieni swoje zalecenia co do wniosku dotyczącego
dróg pozamiejskich. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Furgonetka wspinała się po zalewanym deszczem żwirze dobrze ponad godzinę, wyła, ślizgała się i walczyła z pnącymi się pod górę serpentynami, wyrzucając spod kół fontanny żwiru. Szara przestrzeń i zacinający deszcz wypełniały okna prawie ze wszystkich stron. Furgonetka szarpnęła w górę, w pustkę, przechyliła się; Bren chwycił się fotela wolną i zbielałą z wysiłku ręką, Jago wpadła na niego, a obok, pod nim i przed nim, zamajaczyło coś, co mogło być Jeziorem Maidingi lub wolną przestrzenią - nie chciał patrzeć. Nie chciał sobie tego wyobrażać. Ile czasu zajmie ratownikom odnalezienie ich, gdyby któraś opona ześliznęła się z rozmokłej od deszczu krawędzi i samochód runąłby do jeziora? Kolejny wstrząs - i ześlizg. - Boże! Kierowca z zaskoczeniem spojrzał na niego przez lusterko wsteczne, co na chwilę oderwało jego uwagę od kierownicy. Potem Bren trzymał już usta na kłódkę. Banichi zaczął jednak z kierowcą rozmowę, podczas której ateva wciąż zerkał do tyłu, by nadać wagę swoim słowom. - Proszę cię, nadi! - odezwał się Bren. Żwir spadł w przepaść. Prawe opony trafiły na dziurę wymytą przez wodę i omal nie ześliznęły się z krawędzi drogi. Bren był tego pewien. A potem, za zakrętem, zamajaczyła na szarym tle spowita w deszcz potężna bryła cienia. Wznosiły się tam kamienne wieże i iglice, widoczne poprzez krystaliczne rozbryzgi deszczu na szybie. Nie potrafił teraz stwierdzić, gdzie jest droga, chociaż chrzęst żwiru pod kołami mówił mu, że jeszcze jej nie opuścili. - Malguri - oznajmił Banichi swym głębokim głosem. - Forteca z XLIII wieku - dodał kierowca - klejnot architektury tej prowincji... utrzymywana z prowincjonalnych funduszy, jesienna rezydencja głównego aijiego, obecnie aiji - wdowy... Siedział, ściskając walizeczkę z komputerem, i obserwował przez przednią szybę wieże, które rosły coraz bardziej i, wyłaniając się z wszechogarniającej szarości mgły, ujawniały szczegóły, leżące poniżej jezioro, ciemną szarość kamienia i ociekające deszczem chorągwie herbowe, zwisające z najwyższych kondygnacji. Był przyzwyczajony do atevskiej architektury, nawykł do starożytności w Shejidan i znajdował ją w obyczajach dworu aijiego, lecz to miejsce, najeżone wieżyczkami i blankami, nie było zbudowane w stylu lądowania, tak rozpowszechnionym w stolicy. Data podana im przez kierowcę pochodziła z czasów na długo przedtem, nim ludzie zawitali do tego układu, na długo przed istnieniem zabłąkanego statku czy stacji kosmicznej, z czasów, zanim - Bren szybko to obliczył - człowiek w ogóle wyruszył w kosmos. Wycieraczki oczyszczały obraz naprzemiennymi machnięciami. Z pierwotnego potopu tworzył się świat i zaraz w nim znikał. Rozwarły się drewniane wrota, przez które wjechali do środka, na wyłożoną kamieniami drogę, która zakręcała pod szeroki portyk, dający dość dobrą osłonę przed deszczem. Furgonetka zatrzymała się. Banichi wstał i otworzył drzwiczki od środka. Za nimi widać było pogrążony w cieniach ganek i otwarte drewniane drzwi. Z tej ciepłej, na złoto oświetlonej ciemności pośpieszyła na spotkanie furgonetki garstka atevich. Wszyscy byli swobodnie ubrani, co pasowało do wiedzy Brena o wiejskim życiu. Wyjąwszy wysokie buty, były to stroje odpowiednie do domku myśliwskiego, takiego jak Taiben czy, jak podejrzewał Bren, także i Malguri, zważywszy na otaczającą je dziką okolicę... Prawdopodobnie odbywały się tu duże polowania, kiedy w posiadłości przebywał jakiś bardziej energiczny członek rodziny aijiego. Wyszedł z furgonetki za Banichim, z komputerem w ręku, domyślając się ze stylu tego miejsca, że jeśli personel zechce dostarczyć gościom rozrywki, to podczas jego wizyty mogą się tu nawet odbyć jakieś oficjalne polowania. Banichi i Jago na pewno chętnie wzięliby w nich udział. On nie - przedzieranie się przez zakurzone chwasty, nabawianie się oparzeń słonecznych i patrzenie na własną kolację przez muszkę strzelby nie było jego ulubionym sportem. Bał się o komputer, który mógł mu zawilgnąć w kłębiącej się wokół nich zimnej mgle, wciąganej pod portyk przez przeciąg. Bardzo chętnie skończyłby już to powitanie i schroniłby się przed deszczem. - Paidhi - powiedział Banichi i położył mu ciężką dłoń na ramieniu. - Bren Cameron, pozostający w bliskim związku patronackim z Tabini - aijim, we własnej osobie, przywitajcie go serdecznie... - Była to zwykła formalność. Bren skłonił się, mruknął w odpowiedzi na grzeczności personelu: "Honor i dzięki", podczas gdy Jago zatrzasnęła drzwiczki furgonetki i odprawiła kierowcę. Samochód odjechał zgrzytliwie w burzę i jakimś sposobem cały komitet powitalny stopniowo zaczął się posuwać po kocich łbach w kierunku głównych drzwi, pytając o zdrowie i samopoczucie aijiego. "Dzięki Bogu" - pomyślał Bren. Kiedy obejrzał się, odpowiadając na jakieś pytanie, zauważył na wybrukowanym dziedzińcu starożytną armatę spowitą w zasłonę deszczu; kiedy zaś spojrzał przed siebie, jego wzrok napotkał złociste, przytłumione światło wylewające się przez drzwi wraz z falą cieplejszego powietrza. Podłoga holu była wyłożona kamiennymi płytami, a drewnianą konstrukcję ścian wypełniał tynk. Chorągwie zwisające z poczerniałych ze starości krokwi same musiały mieć setki lat - ich kolory spłowiały, a zawiłych, wężowych znaków zdobiącego je starożytnego pisma paidhi z całą pewnością nie znał. Rozpoznał barwy Tabiniego, a na środkowej chorągwi widniało jego osobiste godło: baji na czerwonym kole w niebieskim polu. Na wszystkich ścianach wisiał oręż: miecze i broń, której nazw nie znał, ale widział ją też w domku w Taiben, wiszącą przy podobnych skórach, plamistych i cieniowanych, przybitych do ścian lub przerzuconych przez fotele, których kształt nie miał nic wspólnego z wzornictwem ludzi. Banichi znów chwycił go za ramię i przedstawił kolejnym osobom, tym razem dwóm służącym płci męskiej, co wymagało następnej kolejki ukłonów. - Zaprowadzą cię do twoich apartamentów - rzekł Banichi. - Zostaną ci przydzieleni. Już zapomniał ich imion. Ale, już miał na końcu języka, co z Alginim i Tano jadącym z lotniska? Po co mi ktoś inny? - Przepraszam - powiedział z pełnym zakłopotania ukłonem. - Nie zapamiętałem imion. Paidhi był dyplomatą, paidhi nie pozwalał sobie na takie rozluźnienie uwagi, nawet jeśli chodziło o imiona służących. Jeszcze nie był w pełni skupiony, zadawał sobie pytanie, czy Banichi albo Jago znają tych służących, albo jak mogą im ufać? Oni jednak złożyli ukłon i cierpliwie oraz uprzejmie jeszcze raz się prcedstawili: Maigi i Djinana, zaszczyceni służbą dla niego. Okropny początek - atevi starają się być dla niego uprzejmi. Wpychano go do miejsc, których nie znał, w kulturze i tak już wystarczająco dziwnej, i Bren był tym wszystkim przytłoczony. - Idź z nimi - rzekł łagodnie Banichi i dodał coś w jednym z regionalnych dialektów, na co służący skinęli głowami i ukłonili się, przyglądając się mu z twarzami równie pozbawionymi wyrazu, jak twarze Banichiego i Jago. - Nand' paidhi - odezwał się jeden z nich. Maigi. Musi nauczyć się ich rozpoznawać. Maigi i Djinana, powtarzał sobie w kółko, idąc za nimi przez hol i pod sklepionym przejściem do kamiennych schodów z balustradą z brązu. Nagle zdał sobie sprawę, że właśnie stracił kontakt wzrokowy z Jago i Banichim, ale Banichi kazał mu iść, Banichi najwyraźniej uznał, że służący są godni zaufania. Nie miał zamiaru obrazić ich po raz drugi brakiem ufności. Ruszył zatem schodami na piętro dziwnego domu, rządzonego przez jeszcze dziwniejszą starą kobietę. Służący, za którymi szedł, rozmawiali ze sobą w języku, którego paidhi nie znał, a w powietrzu unosił się zapach kamienia i starożytności. Sale o drewnianych podłogach na piętrze nie były tynkowane Bren przypuszczał, że są przeznaczone dla pomniejszych gości. Pod wyraźnie starymi sufitami biegły rury i przewody, a nagie wolframowe żarówki zwieszały się z kinkietów oplecionych zakurzonymi, wiekowymi przewodami z izolowanej miedzi. To jest gościnność Tabiniego? zapytał się w duchu Bren. To tak mieszka jego babka? Nie do wiary. Był obrażony, naprawdę obrażony i nieco urażony, że Tabini wysłał go do tego obskurnego, przygnębiającego domostwa z przestarzałą kanalizacją i, Bóg wie, jakimi łóżkami. Korytarz się kończył. Zamykało go dwoje ogromnych drzwi. Następna wędrówka, pomyślał ponuro, do jakiegoś zatęchłego kąta oddalonego od wdowy i jej personelu. To prawdopodobnie nie była wina Tabiniego. Może to wdowa zmieniła jego polecenia. Być może babka nie chce gościć u siebie człowieka i umieści go pod schodami czy w jakimś składziku. Banichi i Jago zaprotestują, kiedy się o tym dowiedzą. Babka się obrazi, Tabini się obrazi... Służący otworzyli drzwi: dywan, przestronny salon i meble... Boże, całe pozłacane i rzeźbione, a dywany, jak nagle uświadomił sobie Bren, nie były fabryczne. Miękkie, blade światło padało z dużego, ostrołukowego okna o małych, prostokątnych szybkach, obramowanego szybkami koloru bursztynu i nieba - piękna rama dla szarej, spryskanej deszczem nicości. - To pokój przyjęć paidhiego - rcekł Maigi, a Djinana otworzył boczne drzwi i wprowadził Brena do równie bogatego pokoju z ogniem płonącym na kominku - nielegalne źródło ciepła, zauważył odizolowaną, obserwującą częścią mózgu, lecz przodomózgowie miał zajęte innymi szczegółami, głowami, skórami i bronią na ścianach, rzeźbionymi meblami z drewna, antycznym dywanem z powtarzającymi się w nieskończoność medalionami baji - naji, oknami identycznymi jak w poprzednim pokoju, od którego ten, choć mniejszy, wcale nie był mniej bogato urządzony. - Prywatny salon - rzekł Maigi i otworzył drzwi do pozbawionego okien bocznego pokoju w tym samym stylu, z długim, wypolerowanym drewnianym stołem biegnącym od ściany do ściany. - Jadalnia - oznajmił Maigi i pokazał mu sznur od dzwonka, którym można ich wzywać. - Taki sam jak w salonie - powiedział Maigi i pociągnął Brena do tyłu, żeby mieć pewność, że paidhi go zobaczył. Bren zaczerpnął głęboko powietrza. Wszędzie kamienne ściany, wypolerowane drewniane podłogi, przyćmione światła, pozłota... Zaczęło to przypominać zwiedzanie muzeum: Maigi i Djinana pokazywali szczególnie duże głowy zwierząt, których trzy gatunki, jak wyznali, były już wymarłe, i rozwijali objaśnienia dotyczące sprzętów o szczególnej wadze historycznej. - Prezent ślubny aijiego prowincji Deinali dla spadkobiercy aijiego z czwartej dynastii i spadkobierczyni Deinali: małżeństwo to nie zostało skonsumowane z powodu śmierci spadkobiercy aijiego po upadku ze ścieżki w ogrodzie... Jakiej ścieżki w ogrodzie? zapytał się w duchu, postanawiając unikać tego niebezpiecznego miejsca. To paranoja związana z przylotem do Malguri działa mu na nerwy. Na pewno. A może to szklane oczy martwych zwierząt, patrzące na niego ze ścian, nieme i bezradne. Maigi otworzył jeszcze jedne drzwi: sypialnia o wiele, wiele większa, niż nakazywał rozsądek, z jakimś - Bren przypuszczał, że to łóżko, a nie kanapa - meblem na podwyższeniu. Włócznie podtrzymywały spowijające go zasłony, a samo łoże było zarzucone skórami zwierząt i ustawione na kamiennym postumencie. Maigi pokazał mu jeszcze jeden sznur od dzwonka i szybko poprowadził go do jeszcze dalej położonego - Boże! - pokoju. Poszedł za służącym; zaczynał mieć idiotyczne wrażenie, że cała sprawa zakwaterowania paidhiego wymknęła się spod kontroli. Maigi otworzył boczne drzwi prowadzące do pokoju z kamienną podłogą, dziurą w tej podłodze, srebrną misą i stertą lnianych ręczników. - Wygódka - oznajmił eufemistycznie Maigi. - Proszę używać tych ręczników. Papier zatyka rury. Domyślał się, że jego konsternacja dała się zauważyć. Maigi wziął z wypolerowanego srebrnego kotła, bardzo ozdobny czerpak i wylał wodę do dziury w podłodze. - Właściwie - odezwał się Djinana - woda stale płynie. Aiji Padigi kazał założyć instalację w 4879 roku. Czerpak służy, oczywiście, do spłukiwania ręczników. Było to wyrafinowane, eleganckie, było... przerażające, takie właśnie miał wrażenie. Atevi nie byli zwierzętami. Podobnie jak on. Nie mógł z tego korzystać. Musi być coś innego, może na dole; dowie się i będzie chodził aż tam. Djinana otworzył podwójne drzwi za wygódką, które prowadziły do łazienki z olbrzymią kamienną wanną i rurami biegnącymi po podłodze. - Uważaj pod nogi, nadi - ostrzegł Djinana. Najwyraźniej kanalizację założono tu też dopiero po pewnym czasie. Ilość wody zużywanej na jedną kąpiel musiała być ogromna. - Twoi służący będą co wieczór rozpalać dla ciebie ogień oznajmił Djinana i zademonstrował, że jest bieżąca woda, podczas gdy Bren oswajał się z drobną informacją, że Algini i Tano nie zaginęli, że jego bagaż może jeszcze do niego dotrzeć i że mimo wszystko może nie zostanie sam na sam z Djinaną i Maigim. Tymczasem Maigi otworzył boiler wiszący na kamiennej ścianie. Z góry wchodziły do niego dwie rury: grubsza musiała doprowadzać zimną wodę, a gorąca woda spływała inną rurką do wanny. Brena intrygowała jednak druga, cieńsza rura dopóki nie zdał sobie sprawy, że błękitny płomyk w boilerze musi być zasilany właśnie przez nią. Metan. Tylko czekać aż nastąpi eksplozja. Albo udusi się, jeżeli płomyk zgaśnie i w łazience zgromadzi się gaz. Mój Boże, pomyślał, dodając do listy kolejny złamany zakaz - w przypadku niektórych groziło to śmiercią - i idąc za służącymi przez wygódkę z powrotem do pokoju. Czy Tabini wysłał go tu ze względu na bezpieczeństwo? Gdy już zrozumiał, czym są niektóre z tych rur i linii elektrycznych, przypomniał sobie inne widziane po drodze instalacje w starożytnych murach, z których jedne, jak teraz zdawał sobie sprawę, z pewnością rozprowadzały po pomieszczeniach metan, a inne były antycznymi przewodami elektrycznymi, źródłem iskier. Budynek jeszcze stał. Kable były bardzo stare. Podobnie jak rury. Najwyraźniej personel jest ostrożny... na razie. - My, oczywiście, jesteśmy do twoich usług - powiedział po drodze Maigi. - Twój własny personel powinien niedługo przybyć. Będą mieszkać w pokojach dla służby. Jeden dzwonek na nich w sprawach osobistych; dwa na nas w sprawach jedzenia i poprawek w pokojach. Służymy samemu Malguri i w imię tutejszej gościnności spełnimy oczywiście wszelkie specjalne wymagania paidhiego. Djinana poprowadził procesję powrotną do salonu i, wziąwszy ze stołu oprawny w skórę tomik, podał go wraz z piórem Brenowi. - Zechciej dodać swoje nazwisko do naszych znamienitych gości - poprosił Djinana, a kiedy Bren zabierał się do pisania, dodał: - jeszcze większym wyróżnieniem byłoby, nadi, gdybyś podpisał się w swoim własnym języku. Coś takiego nie miało tu jeszcze miejsca. - Dziękuję - powiedział dość wzruszony tak wyraźnym dowodem prawdziwie ciepłego przyjęcia w tym sanktuarium i posłusznie podpisał się pismem atevich oraz, o ironio, o wiele mniej wprawnie w mospheiranie. Usłyszał ciężkie kroki w holu. Podniósł głowę. - Niewątpliwie to twoi służący - stwierdził Maigi i po chwili przez zewnętrzne drzwi wszedł Tano z dwoma dużymi pudłami, zagrażając po drodze przez pokój przyjęć antycznemu stolikowi. - Nand' paidhi - rzekł zdyszany i przemoczony Tano. Djinana pośpiesznie zaprowadził go do sypialni, żeby uratować meble, jak przypuszczał Bren. Miał nadzieję, że w tych przemoczonych pudłach są jego ubrania, szczególnie swetry i średniej grubości kaftan. - Czy paidhi zechce się napić herbaty? - zapytał Maigi. Stuknięcie zewnętrznych drzwi oznajmiło przybycie jeszcze jednej osoby, prawdopodobnie Alginiego. Przeciąg zachwiał płomieniami na kominku i zaraz potem, zgodnie z domysłem Brena, przez salon przeszedł Algini, również przemoczony. Udało mu się po drodze ukłonić, co było dość trudne, zważywszy na dwa duże pudła, które trzymał w ramionach. Wszystko, co mam - pomyślał Bren, przypominając sobie stertę pudeł załadowanych do pociągu. Boże, na jak długo planują mój pobyt tutaj? - Herbata - przypomniał sobie z roztargnieniem. - Tak, proszę... Mimo ognia czuł się wyziębiony - niedawno przybył z o wiele cieplejszego, morskiego klimatu, kilka godzin trząsł się na wyboistej drodze. Gorąca herbata była dużą pokusą. Przyszło mu na myśl, że w całym tym zamieszaniu nie jadł śniadania ani obiadu, nie licząc kilku wafelków w samolocie. - Jak myślisz, czy znalazłaby się zapiekanka z serem? To danie było zwykle bezpieczne bez względu na porę roku. - Oczywiście, nadi. Chociaż powinienem przypomnieć paidhiemu, że za godzinę zostanie podana kolacja... Strefy czasowe, uświadomił sobie. Nigdy nie oddalał się od Mospheiry na tyle, żeby zmienić strefę. Nie tylko klimat był tu zimniejszy, ale i czas musiał być przesunięty do przodu, co najmniej o dwie godziny. Nie miał pewności, jak pogodzi się z tą nagłą informacją jego żołądek albo czy wytrwa tę godzinę do kolacji, skoro zaczął myśleć o jedzeniu. Zagrzmiało i błysnęło bielą w oknach. - Dobrze, więc bez zapiekanki - powiedział i uznał, że życie nie toczy się tu zbyt szybko: spokojna, wiejska kolacja może być przyjemną odmianą. - Poproszę tylko herbatę. Myślał jednak, słysząc, jak kolejna fala deszczu wściekle
uderza w okna: Boże, rozumiem, skąd się tu wzięło jezioro. | ||
![]() |
![]() |